Posty

Commencement adress

 Nie było mnie jeszcze wtedy na świecie… Był ósmy czerwca 1978 roku. Dzień należał do tych chłodnych, deszczowych, a jednak w Cambridge, na terenie Uniwersytecie Harvarda zebrał się wielki tłum, wyposażony w parasole i płaszcze przeciwdeszczowe. Powodem przybycia ponad dwudziestu tysięcy ludzi było Commencement – uroczyste zakończenie kolejnego rocznika studiów. Wielu jednak przyjechało jedynie po to, aby wysłuchać zapro szonego gościa… Głos zabrać miał Aleksander Sołżenicyn. Nie wiadomo czego spodziewano się po tej przemowie… Przypuszczać można, że wdzięczności, ogłady i kurtuazji, skoro w kilka tygodni po jej wygłoszeniu, gdy już sens przesłania dotarł do wszystkich, na autora Archipelagu Gułag  spuszczono zasłonę milczenia… Było to - kto wie – być może jedno z pierwszych, ustalających późniejszy wzorzec, unieważnień… Uważano zapewne, że wyświadczono Sołżenicynowi łaskę, dając mu okazję do wypowiedzi w tak szacownym miejscu… Oczekiwano, że uzna okazję wystąpienia za nobilit...

Humbug

  W 2017 roku na uniwersytecie w Waszyngtonie utworzono nowy przedmiot. Od momentu uruchomienia zapisów online do zamknięcia kompletnej już listy studentów minęły... dwie minuty. Przedmiot nosił nazwę:   Calling bullshit in the age of the big data   (Demaskowanie ściemy w epoce wielkich danych)...  Niewykluczone, że młodzi ludzie dokonali zapisu licząc na przyjemny, łatwy do zdania, mało wymagający tzw. jednokredytowy kurs... Ale, ale - z reguły do zdobycia licencjatu w Stanach Zjednoczonych (bachelor’s degree) potrzeba 120 kredytów - bardziej opłaca się zatem od razu wybierać kursy 3-4 kredytowe... A może studenci zapragnęli uczestniczyć w kursie z powodu  dobitnego słowa w nazwie - słowa, które sklasyfikować by można jako typowy przykład clickbitowego wabika? Clickbite przeważnie nie dowozi jednak tego, co obiecuje - pozostawia nas rozczarowanych i zirytowanych, a kurs  Calling bullshit  już w następnym roku akademickim rozszerzono do kursu 3-kredyto...

Wiadomość z przeszłości (A Message from the Past - english version below)

Gdyby ktoś spytał Państwa: kto jest autorem słów: „Polska Chrystusem narodów”, co odrzeklibyście?  Może ktoś powiedziałby, że to przecież Mickiewicz włożył w usta Księdza Piotra w III części Dziadów te prorocze słowa i zaraz potem należałoby jednym tchem wyrecytować, że wpisują się one w mesjanistyczną koncepcję roli naszego kraju ukutą przez poetę? Ponad dwa wieku od pierwszego wydania  Ballad i romansów,  czyli od umownej daty rozpoczęcia okresu romantyzmu, mało romantycznie i dosyć brutalnie należy powiedzieć: ten, kto by dał taką odpowiedź; tkwiłby w błędzie.      Promocja Polski na znaczną figurę wśród narodów to sprawka Kordiana - przy czym Słowacki nie poważył się mieszać Osoby Zbawiciela do porównawczych zabiegów - napisał tylko: „Polska Winkelriedem narodów”. To jednak wystarczyło, by jakiś bezimienny patriota-wizjoner podstawił jedno pod drugie i w ten sposób powstał ten podniosły, ale bardziej szkodliwy niż pożyteczny mit. Do tej pory znalazłam w...

Książę Myszkin

Obraz
  Tego uśmiechniętego Pana z sumiastym wąsem, w koszuli w kratę, z nieodłącznym wiklinowym koszykiem w ręku poznałam na początku nowego millenium. Koszyk ten to była, jak się później okazało; słynna kobiałka, pełniącą rolę saszetki, w której Pan ów nosił swoje skarby - dokumenty, pisma sądowe, pozwy... Właściciel tego uroczego atrybutu nazywał się Stanisław Remuszko... Wiedziałam, że jest dziennikarzem i że z Michnikiem zakładał Gazetę Wyborczą (gdy w nasze plebejskie szeregi zawita osoba nie do końca anonimowa, takie wiadomości szybko się rozchodzą. Bieży się wtedy z entuzjazmem nawiązać z tą osobą choć namiastkę familiarnego stosunku, by potem echo wieści, że tego kogoś znamy niosło się po górach i dolinach). Tylko… z Panem Staszkiem był pewien kłopot  – Pan Staszek z Gazety Wyborczej bardzo szybko odszedł… I tu już należało włączyć z zaskoczeniem czujność  – no bo jak można dobrowolnie odejść z Gazety Wyborczej? Ten niezrozumiały kaprys stawiał Pana Staszka w kręgu osó...

Dziwni jesteśmy... (How weird we really are - english version below)

  Piers Morgan przeprowadzając kiedyś wywiad z Jordanem Petersonem spytał: „Steven Hawking twierdził, że ludzkość znajdzie się naprawdę w tarapatach, wtedy, gdy sztuczna inteligencja nauczy się projektować samą siebie… A według Ciebie, co jest największym zagrożeniem dla ludzkości?”. Z ust Jordana Petersona pada wówczas krótkie i dobitne: „narcystyczne współczucie”. Na początku zeszłych wakacji przypominałam postać Ojca Józefa Marii Bocheńskiego. Ponieważ w lutym minęła 30 rocznica Jego śmierci, pozwalam sobie wywołać Jego sylwetkę jeszcze raz. Ojciec Bocheński  to był ktoś… Ksiądz Heller, który Ojca znał,  utrzymuje, iż Bocheński był w Szwajcarii osobą publiczną i powszechnie poważaną. Mówię o tym nie bez powodu – gdy słyszę opowieści o Szwajcarach, odnoszę wrażenie, że udało się ojcu Bocheńskiemu zdeponować część swojego światopoglądu w tym narodzie. Za przykład niekonwencjonalnego stylu bycia i niespożytej energii, Wikipedia podaje fakt uzyskania przez Ojca licenc...

Margin call (english version bellow)

  To oryginalny tytuł filmu, którego polskie tłumaczenie jest trochę tylko mniej wymyślne od naszego inwencyjnego mistrza wszechczasów (tj. „Orbitowania bez cukru”) a brzmi: „Chciwość”… Recenzent filmu stwierdza nawet, że wybrany przez polskiego tłumacza termin bardziej oddaje przebieg fabuły… Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, ale dlaczego, nie powiem, bo może jeszcze ktoś poczuje się zaintrygowany na tyle, by obejrzeć ten, bez wątpienia dobry film. Zjawisko, opisane frazą, którą najchętniej niezmienioną w tytule bym pozostawiła, oznacza w żargonie giełdowych graczy sytuację związaną z pojawieniem się poważnego ryzyka niewypłacalności: margin call stanowi zarówno powiadomienie o wystąpieniu niebezpiecznych warunków, jak i wezwanie do wdrożenia środków zaradczych. Wezwania alarmującego przedsiębiorcę niegdyś dokonywał makler, poprzez wykonanie telefonu. I choć współcześnie, piszą – inaczej już to trochę wygląda, to trafny ten termin pozostał, jako oddający powagę ryzyka i koniecz...

Powrót Taty (Father's Return ‐ english version below)

  Była jesień, chyba 1995 lub 1996 roku. Na polskich ulicach gdzieniegdzie, jeszcze z rzadka można było uświadczyć świeżutkiego Mercedesa W210 klasy E, czyli tzw. „okularnika”. Pogoda była dosyć barowa, więc mój Padre wybrał się do lasu na grzyby, reszta domowników zaś siedziała w domu (z tego, co pamiętam, był to chyba środek tygodnia). Minęły dwie godziny od wyruszenia Taty, potem trzy… Zaczął już zapadać zmrok… Wyszłyśmy więc z Mamą na dwór i siadłyśmy sobie pod altanką. Rozmowę przeplatałyśmy dociekaniami, gdzież ten Ojciec mógł się podziać i co Go, do licha wstrzymuje. Było już prawie zupełnie ciemno, gdy szczęknęła furtka (no, nareszcie) i z ciemności wyłonił się mój Tata. Nie był jednak sam - prowadził podtrzymując za łokieć jakiegoś wysokiego jegomościa, ubranego w białą koszulę i eleganckie spodnie. Pan niósł przed sobą, nie wiedzieć czemu przewieszoną przez ręce kufajkę Ojca... Historia, którą obudwaj opowiedzieli przedstawiała się tak: pan ów - dumny właściciel nowiutkie...