Commencement adress
Commencement adress (English version below)
Nie było mnie jeszcze wtedy na świecie… Był ósmy czerwca 1978 roku. Dzień należał do tych chłodnych, deszczowych, a jednak w Cambridge, na terenie Uniwersytecie Harvarda zebrał się wielki tłum, wyposażony w parasole i płaszcze przeciwdeszczowe. Powodem przybycia ponad dwudziestu tysięcy ludzi było Commencement – uroczyste zakończenie kolejnego rocznika studiów. Wielu jednak przyjechało jedynie po to, aby wysłuchać zaproszonego gościa… Głos zabrać miał Aleksander Sołżenicyn.
Nie wiadomo czego spodziewano się po tej przemowie… Przypuszczać można, że wdzięczności, ogłady i kurtuazji, skoro w kilka tygodni po jej wygłoszeniu, gdy już sens przesłania dotarł do wszystkich, na autora Archipelagu Gułag spuszczono zasłonę milczenia… Było to - kto wie – być może jedno z pierwszych, ustalających późniejszy wzorzec, unieważnień…Uważano zapewne, że wyświadczono Sołżenicynowi łaskę, dając mu okazję do wypowiedzi w tak szacownym miejscu… Oczekiwano, że uzna okazję wystąpienia za nobilitację. Podczas przemówienia w podniosłych momentach wybuchały oklaski, ale, jak mówią świadkowie, wielu oficjeli nietęgie miało miny… Oklaski często wpisane są w naszym życiu w konwencję scenariusza uroczystości… Tak i tu: klaskano częściowo mechanicznie, agregując jednocześnie konsternację… I urazę… Środowisko poczuło się dotknięte – być może ten pierwszy, wzorcowy raz…
Sołżenicyn wstąpił na scenę i czerpiąc z najlepszych, zachodnich tradycji w stopniowaniu napięcia po dosłownie jednozdaniowym powinszowaniu absolwentom, czerpiąc z najlepszych zachodnich tradycji w stopniowaniu napięcia, niczym Hitchcock w 1963 rozpoczął od… trzęsienia ziemi. Pierwsze bowiem zdanie po krótkiej pauzie brzmiało: „Mottem waszego uniwersytetu jest: veritas”…
A więc jednak prawda istnieje? Co więcej – jak dowodzi motto uczelni - kiedyś była w cenie… Nie jest tylko narracją lub narracją o narracji, jak chcą postmoderniści? Nie jest konstruktem spreparowanym przez tego, który ma władzę? Uff - dobra nasza – z ulgą można byłoby odetchnąć… Toć przecież Sołżenicyn wypowiada tu najzacniejsze przekonania naszej łacińskiej cywilizacji… Wobec tego z jakiego powodu spadną na niego takie cięgi?
Ażeby przybliżyć zachodniemu społeczeństwu myśli Sołżenicyna zawarte w tej przemowie, świetny amerykański filozof, dr Peter Kreeft referuje przemówienie wprowadzając do referatu urywki rozmowy z przyjacielem, z którym to wspólnie na odczyt Sołżenicyna się wybrał. Dick, bo takie towarzysz wyprawy nosi imię, podobnie jak Kreeft jest wykładowcą, ale reprezentuje świat bardziej liberalny; jest typem naukowca-modernisty. Kreeft odsłania krok po kroku argumentację Sołżenicyna uzupełniając ją zabawną relacją o uwagach, jakie na bieżąco pod wpływem słów mówcy, wymieniali ze sobą Dick i on. Jakie to gorzkie słowa Sołżenicyna trzeba humorem łagodzić?
Sołżenicyn twierdzi, że podczas swojego czteroletniego, przymusowego pobytu na Zachodzie zaobserwował takie zjawiska, jak:
- Zanik odwagi cywilnej - z postępem którego równolegle idą zabiegi rządów, instytucji, by przekonująco uzasadniać i wybielać wizerunkowo wybór drogi opartej na słabości i tchórzostwie. Spadkowi męstwa towarzyszy folgowanie sobie manifestacją gniewu względem partnerów słabszych, natomiast wobec partnera postrzeganego jako silny włącza automatycznie się postawa uległości.
- Dobrobyt – zapewnienie współczesnym społeczeństwom optymalnych warunków rozwoju jako realizacja gwarantowanego w konstytucji Stanów Zjednoczonych prawa ludzi do szczęścia nie uwzględniło tzw. hedonistycznej bieżni – adaptacji do dobrych warunków z następowym głodem kolejnych, jeszcze lepszych. Dodatkowo człowiek Zachodni często o status materialny walczy, a gdy w tych zmaganiach przegrywa, przeważnie reaguje niepokojem i depresją. Stały element rywalizacji o dobra czyni trudnym, mówi Sołżenicyn, bardziej duchowy namysł i zamyka drogę duchowego rozwoju.
- Legalizm - przejawiający się w redukcji rozumienia sprawiedliwości do przeżycia jej jako wywiązania się z litery prawa. Na skutek legalistycznej atmosfery typowy reprezentant społeczeństwa Zachodu umiejętnie balansuje na granicy prawa, przyjmując, że co nie zostało zakazane, jest dopuszczalne. Egzystencja w duchu legalizmu utrudnia promocję idei samowyrzeczenia, sprzyjając formacji przeciętnego moralnie człowieka.
- Na Zachodzie można zaobserwować tzw. przechył wolności w stronę zła – nierówno rozkłada się proporcja w dobrowolnym podejmowaniu dobrych i złych uczynków. Prawa człowieka są tak dobrze określone i bronione, że w trosce o podmiot tych praw, należałoby zacząć mówić o obronie człowieczych obowiązków. Wolności do dekadencji przyznano bardzo dużo swobody, a społeczeństwa zdają się być w tym zakresie bezbronne – przejawia się to m.in. w raczeniu młodzieży filmami pełnymi przemocy, pornografii i okropieństw i nazywaniem tego wolnością.
- Upowszechniające się od czasów Oświecenia przeświadczenie, jakoby w ludzką naturę nie było wpisane żadne zło, a wadliwe życie społeczne jest wynikiem źle zaaranżowanych systemów społecznych, które wystarczy ulepszyć.
- Pojawienie się tzw. czwartej władzy – nie wiadomo, przez kogo i na jaki czas wybranej a także ze swoich działań praktycznie nierozliczanej, która podobnie, jak już wcześniej było powiedziane balansuje w zakresie przepisów prawa, a odpowiedzialność za dysproporcje lub deformację wiadomości przykrywa ekonomiczny cel sprzedaży. Wielki wpływ prasy polega według Sołżenicyna na tym, że może ona symulować opinię publiczną, a jednocześnie zwrotnie dezinformować ją.
- Istnieją na Zachodzie pewne wspólne wzorce osądu – mody, trendy, które są przez różne siły promowane. Cenzura nie istnieje, ale selekcja – owszem… Selekcja wywiera presję, by środowiska, chociażby uczelniane funkcjonowały według pożądanych standardów, blokuje i uniemożliwia to rozwój badaczom o myśli bardziej niezależnej.
Swojego czasu zastanowiły mnie słowa które przeczytałam gdzieś w Internecie, mówiące o tym, że Sołżenicyn pod koniec życia zbłądził, ulęgła mu się bowiem w głowie idea panslawizmu… Treść przemówienia, zdaje się odsłaniać powody, dla których mógł tak myśleć. Sołżenicyn mówi: „Gdyby zapytano mnie dziś, czy poleciłbym zachodni styl życia, jako modelowy do transformacji dla sowieckiego społeczeństwa, musiałbym odpowiedzieć przecząco. Poprzez intensywne cierpienie nasz kraj osiągnął rozwój duchowy tak głęboki, że zachodni system w obecnym swoim stanie wyczerpania duchowego, nie wydaje się tu atrakcyjny.”. Tak Sołżenicyn postrzegał uformowanego hekatombą wojny i socjalizmu człowieka, tego człowieka, który w oczach Zachodu nigdy nie znaczył więcej niż ubogi krewny, m.in. dlatego, że był obcy - nie wyznawał zachodnich wartości. Zachód roił sobie, że punkty wspólne można ze Wschodem wypracować na bazie optymistycznej koncepcji konwergencji… Ale - wieszczy Sołżenicyn, jedyna konwergencja, która stanie się udziałem i Wschodu i Zachodu, to upodobnienie się w duchowej miałkości i utracie sensu.
„Ooo, Czytelniku” – jak czasami, zwracał się do nas Sołżenicyn w Archipelagu Gułag – czy zrealizowaliśmy już nasze aspiracje? Czy przypominamy już człowieka Zachodu, do którego, by skutecznie przemówić, wprowadzić trzeba pocieszną postać, z którą będziemy mogli się nieświadomie identyfikować troszkę, by potem zdystansować od niej, gdy już uświadomimy sobie jej niedojrzałość… Postać, której profesor Kreeft odważnie nadał miano: Dicka..?
Mowa Sołżenicyna podporządkowana jest zdaniu, które stanowi rdzeń przemówienia, a pada zaraz za prztyczkiem, przypominającym uniwersytetowi brzmienie jego motta. Zdanie to brzmi: „Niektórzy już o tym wiedzą, inni przekonają się na przestrzeni swojego życia, że prawda umyka nam, jeśli nie skupimy się z całkowitą uwagą na jej poszukiwaniach, a ponieważ się wymyka, mamy często wrażenie, że jednak ją posiadamy, a to prowadzi do wielu nieporozumień. Prawda rzadko bywa przyjemna. Prawie zawsze ma gorzki smak.”.
Dalszą część przemówienia stanowi diagnoza możliwych rozproszeń utrudniających rzeczone skupienie oraz rady… Rady dla śmiałków.
Przemówienie Sołżenicyna: https://www.youtube.com/…
Jeśli chcesz wesprzeć mój blog, możesz to zrobić tutaj: https://buycoffee.to/edeldreda-z-ely
English version:
I had not yet been born. It was June 8, 1978. The day was one of those cold, rainy ones, yet a vast crowd—armed with umbrellas and raincoats—gathered on the grounds of Harvard University in Cambridge. More than twenty thousand people had come for the Commencement,
the formal graduation ceremony for that year's class. Many, however,
had traveled there for one reason alone: to hear the invited speaker.
Aleksandr Solzhenitsyn was about to address them. No one knows exactly what the audience expected from his speech. One may
suppose they anticipated gratitude, decorum, and courtesy, especially
since only a few weeks after it had been delivered—once the full meaning
of its message had begun to sink in—the author of The Gulag Archipelago was
met with a conspicuous silence. It was, perhaps, one of the earliest
examples of what would later become a familiar pattern: public
cancellation before the term itself existed. Many likely believed that Harvard had bestowed a great honor upon
Solzhenitsyn by inviting him to speak in so distinguished a setting. It
was expected that he would regard the invitation as a mark of prestige.
During the address, applause erupted at the appropriate solemn moments.
Yet, as eyewitnesses later recalled, many of the dignitaries wore
distinctly uneasy expressions. Applause is often little more than a
ritual element in the choreography of ceremonial occasions. So it was
here: people applauded almost automatically while inwardly accumulating
bewilderment—and resentment. The academic establishment felt offended,
perhaps for the first time in a way that would later become almost
exemplary.
Taking
the podium, Solzhenitsyn followed one of the finest traditions of
Western rhetoric: after offering the graduates a single sentence of
congratulations, he began, much like Hitchcock in 1963, with an
earthquake...After a brief pause, his first substantive sentence was: "The motto of your university is Veritas."
So truth does exist after all?
More
than that: judging by Harvard's own motto, there was once a time when
truth was held in high esteem. It is not merely another narrative—or a
narrative about narratives, as the postmodernists would later argue. Nor
is it simply a construct fabricated by whoever happens to possess
power. One might almost breathe a sigh of relief. After all,
Solzhenitsyn appears to be affirming one of the noblest convictions of
the Latin intellectual tradition.
Why, then, would such severe criticism soon be directed at him?
To help Western audiences understand the ideas contained in this address, the distinguished American philosopher Dr. Peter Kreeft later
produced an illuminating commentary on the speech. Throughout his
presentation he interwove fragments of a conversation with a friend who
had accompanied him to hear Solzhenitsyn. His companion—named Dick—was,
like Kreeft himself, a university professor, though one representing a
far more liberal, modernist outlook.
Step by step, Kreeft
reconstructs Solzhenitsyn's argument while recounting, with considerable
humor, the whispered exchanges between himself and Dick as the speech
unfolded. One cannot help wondering: what bitter truths required so much
humor to make them bearable?
Solzhenitsyn argued that during his
four years of involuntary residence in the West he had observed several
disturbing tendencies.
The first was the decline of civil courage.
As courage diminishes, governments and institutions devote increasing
effort to justifying—and polishing the public image of—policies rooted
in weakness and timidity. The erosion of moral courage is accompanied by
displays of anger toward weaker opponents, while encounters with those
perceived as stronger tend automatically to produce submission.
The second was material prosperity.
The promise of providing citizens with the optimal conditions for
happiness—an aspiration reflected in the American constitutional
tradition—failed to take into account what psychologists today call the hedonic treadmill:
people adapt to improved conditions only to hunger for still better
ones. Moreover, Western man often struggles relentlessly for material
status, and when he loses that struggle, anxiety and depression
frequently follow. Constant competition for possessions, Solzhenitsyn
argued, leaves little room for deeper spiritual reflection and obstructs
genuine spiritual growth.
The third tendency was legalism—the
reduction of justice to mere compliance with the letter of the law.
Within such an atmosphere, the typical citizen learns to maneuver
skillfully along the boundary of legality, assuming that whatever has
not been explicitly forbidden must therefore be permissible. Life
governed solely by legalism leaves little room for ideals such as
self-sacrifice and instead encourages the formation of individuals whose
moral aspirations rarely rise above mediocrity.
The fourth was what Solzhenitsyn described as freedom tilting toward evil.
The balance between freely chosen good and freely chosen evil had
become profoundly uneven. Human rights were defined and defended with
such meticulous care that, in his view, it had become necessary to begin
speaking instead about human responsibilities. Freedom to pursue
decadence had been granted almost unlimited scope, while society
appeared increasingly defenseless against its consequences. This could
be seen, among other things, in the routine exposure of young people to
films saturated with violence, pornography, and horror—all in the name
of freedom.
What, in Solzhenitsyn's view, had given rise to such a state of affairs?
Among
the principal causes, he identified the increasingly widespread
conviction, dating back to the Enlightenment, that human nature contains
no inherent evil and that the flaws of society stem merely from
defective social systems—systems which, if properly redesigned, could
eliminate mankind's problems.
He also pointed to the emergence of what is often called the Fourth Estate.
This institution, he argued, is neither elected by the public nor
meaningfully accountable for its actions. Like many other actors in
Western society, it operates skillfully within the boundaries of the
law, while masking the distortions and imbalances of its reporting
behind the commercial imperative of selling newspapers. According to
Solzhenitsyn, the true power of the press lies in its ability not merely
to inform public opinion but to manufacture it—and then, in turn, to
mislead the very public whose opinion it claims to represent.
Western
societies, he continued, are also shaped by common patterns of
judgment: fashions, intellectual trends, and prevailing orthodoxies
promoted by various influential forces. There may be no formal
censorship, but there is certainly selection.
Selection exerts
pressure on institutions—including universities—to conform to approved
standards of thought. In doing so, it obstructs the work of scholars
whose ideas depart from the accepted consensus and discourages genuinely
independent inquiry.
Some time ago, I came across an idea online,
suggesting that Solzhenitsyn had lost his way toward the end of his
life because he had embraced the idea of Pan-Slavism. Yet the content of
this very speech seems to illuminate why he may have arrived at such
conclusions.
At one point he declares:
"If
I were asked today whether I would recommend the Western way of life as
a model for the transformation of Soviet society, my answer would have
to be no. Through immense suffering our country has attained a depth of
spiritual development that the Western system, in its present state of
spiritual exhaustion, cannot offer. In its current condition, it is not
an attractive model."
This
was how Solzhenitsyn viewed the person shaped by the catastrophes of
war and socialism—a human being whom the West had seldom regarded as
anything more than a poor relation, partly because he remained
fundamentally alien, not sharing the values upon which Western
civilization had come to pride itself.
The West cherished the hope that East and West might gradually converge upon common ground through the optimistic theory of convergence. Solzhenitsyn, however, offered a very different prophecy.
The only convergence awaiting East and West, he warned, would be their growing resemblance in spiritual shallowness and in the loss of any higher sense of meaning.
"O Reader..."—thus Solzhenitsyn would occasionally address us in The Gulag Archipelago.
Have we already fulfilled our aspirations?
Have
we become like the Western man to whom one must first introduce an
amusing fictional character—someone with whom we may unconsciously
identify for a while, only to distance ourselves from him once we
recognize his immaturity—in order to make a serious truth acceptable?
A character whom Professor Kreeft courageously named simply: Dick..?
The
entire structure of Solzhenitsyn's Harvard Address revolves around a
single sentence that forms its very core. It appears immediately after
his gentle reminder to Harvard of its own motto:
"Some already know, and others will discover during the course of their lives, that truth eludes us unless we devote ourselves to its pursuit with complete attention. Because it continually escapes us, we often imagine that we possess it—and this illusion gives rise to countless misunderstandings. Truth is seldom pleasant. It almost always has a bitter taste."
The remainder of the address consists largely of Solzhenitsyn's diagnosis of the distractions that prevent such wholehearted concentration on the search for truth—and of the counsel he offers to those courageous enough to persevere despite them...
Upadek cywilizacji oznacza tylko koniec lokalnej organizacji świata jaki tu znamy. Wiele cywilizacji upadło i nic wielkiego się nie stało. Tylko w Europie:
OdpowiedzUsuń-po upadku Rzymu nastało średniowiecze
-po kryzysie średniowiecza nastał renesans
-po wojnach religijnych nastała nowoczesność
-po II Wojnie światowej nastała Złota Era Kapitalizmu czyli era zachodniego dobrobytu
-po Zimnej Wojnie nastała era globalizacji